Od kilku tygodni w moim rodzinnym Toruniu trwa nagonka na autorów nowego (a właściwie pierwszego) logo toruńskiego uniwersytetu. Obrońcy starego twierdzą, że nie należy nic zmieniać, bo tradycja jest święta. Czy tak samo powinno być z wizerunkiem człowieka? Tu zmiana w człowieku zauważana jest stopniowo i z dużym opóźnieniem, co może go demotywować do dalszej pracy nad sobą. Samorozwój staje się dla wielu o tyle istotny, o ile dostrzegają i akceptują go inni. Taka zewnątrzsterowność w istocie przynosi ograniczone profity, bo na bezludnej wyspie nijak będziemy mogli tą zmianą w sobie pochwalić się. Rozwój w cieniu wewnętrznej potrzeby samoakceptacji jest zatem najbardziej efektywny. Pojawia się jednak dylemat. Jeśli będziemy w stanie powiedzieć, że nie potrzebujemy do niczego ludzi i potrafimy stać obok nich, a nie między nimi, to być może nie ma mowy już o wizerunku, lecz o formowaniu wewnętrznego piękna. A wówczas kupując dziesiątki poradników w stylu: "Jak być wspaniałym...", "7 kroków doskonałego..." itp., sami siebie nabiliśmy w butelkę.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz